Krupnik na gwoździu
23.08.2001
, aktualizacja: 27.08.2001 22:42
Czy dziecko ma może w domu tomik "Bajek" Aleksandra Fredry? Ja mam. Wydała go Nasza Księgarnia, a ilustrował (bardzo zabawnie) Andrzej Dudziński. W tym tomiku jest znany wszystkim i przez wszystkich lubiany wierszyk o Pawle i Gawle, co w jednym stali domu, o małpie w kąpieli, a także o osiołku, któremu "w żłoby dano, w jednym owies, w drugim siano".
Niestety - tę śliczną książeczkę wydano aż w roku 1978 i od tej pory już jej w księgarniach nie ma! A szkoda! Może dziecko, które "Bajek" Fredry nie czytało, zechce udać się do najbliższej wypożyczalni i tam zaopatrzyć się w tę świetną książkę, przy której będzie się bawiła cała rodzina?
Jedną z moich ulubionych bajek pana Fredry jest "Wieczerza z gwoździa". Zaczyna się tak:
"Mówią ludzie, że przed laty Cygan wszedł do wiejskiej chaty..."
Był to bardzo sprytny Cygan, który dobrze wiedział, jak należy gadać z babami - istotami, jak wiadomo, zazwyczaj ciekawskimi i nie zawsze najmądrzejszymi. Cygan zaproponował babie, że ugotuje wieczerzę (czyli kolację) na gwoździu.
Ciekawa baba zgodziła się natychmiast, nalała wody do garnka, rozpaliła w piecu i z niecierpliwością obserwowała poczynania Cygana.
"Cygan włożył gwóźdź powoli I garsteczkę prosi soli."
Któż by odmówił garsteczki soli, kiedy szykuje się taka wspaniała wieczerza! Baba dała soli. Zaraz potem Cygan poprosił o małą łyżeczkę masła. Też mu nie odmówiła.
"Potem Cygan jej powiada:
- Hej, Mamuniu, czy tam w chacie krup garsteczki wy nie macie?"
Oczywiście, nasze dziecko kulinarne wie doskonale, że "krupy" to jest po prostu staropolska nazwa kaszy - może jaglanej, a może i gryczanej? Chociaż ta ostatnia występowała jeszcze w naszym wieku XX jako "tatarczana", ponieważ gryka, z ziarna której robi się tę pyszną kaszę, nazywana była "tatarką".
Jak łatwo się domyślić - baba, płonąc z ciekawości, nie poskąpiła i krup. Sypnęła ich do garnka całą garść - i już kolacja Cygana była gotowa.
"Cygan wtenczas czas swój zgadł, Gwódź wydobył, kaszę zjadł."
Czy możemy się domyślać, że ta kasza była na gęsto? E, nie, raczej nie. Po wsypaniu do garnka zaledwie garści kaszy powstał zapewne dosyć cienki krupniczek. Zresztą wieczerza na gwoździu przeszła do skarbnicy porzekadeł raczej jako "zupa na gwoździu", czyli zupa "z niczego". I jako taką będziemy ją dziś przyrządzać.
Gwoździem naszej zupy - naprawdę pysznej i godnej polecenia - będzie kawałek (ok. 10 dag) chudego wędzonego boczku albo i wędzonego bekonu. Proszę włożyć ten boczek czy bekon do garnka zawierającego półtora litra wody, po czym dodać obraną włoszczyznę pokrajaną w kostkę (dobrym sposobem zresztą jest krajanie włoszczyzny już po ugotowaniu - to dużo łatwiejsze i nie kaleczy się paluszków). No i dobrze.
Zupa się gotuje, a my pytamy:
- Hej, Mamuniu, czy tam w chacie jakichś grzybków wy nie macie?
Po czym, wyłudziwszy grzybki suszone (całą garść) lub, jeszcze lepiej, świeże (borowiki byłyby najlepsze, niechby tylko ktoś dorosły upewnił się, choćby z atlasem grzybów w dłoni, że to na pewno borowiki!) - po umyciu i oczyszczeniu wrzucamy je do garnka z gwoździem. Wyciągamy z mamy jeszcze zgodę na użycie czterech sporych ziemniaków (po obraniu i umyciu pokrajać w grube, smakowite plasterki i wrzucić do garnka), wreszcie - filiżankę kaszy gryczanej, którą wsypujemy do zupy wtedy, gdy boczek jest już miękki. Teraz jeszcze pół kostki bulionowej (nie więcej, żeby zupa nie była zbyt słona!), może szczypta pieprzu dla smaku - i niech zupka nasza gotuje się powoli, dopóki nie zmięknie kasza.
W tym czasie pokroimy w talarki dwie cebule i przysmażymy je na łyżce masła, rumieniąc z obu stron. Kiedy zupa jest już prawie gotowa, wrzucamy do niej jeszcze i tę cebulę wraz z masłem, po czym znów zaczynamy swoje:
- Hej, Mamuniu, czy tam w chacie...
I wyłudziwszy jeszcze filiżankę dobrej, gęstej, kwaśnej śmietany, zasilamy ją łyżeczką mąki (doskonale rozmieszać, żeby nie było grudek!). Zalawszy zupę tą zaprawą, odczekujemy jeszcze, aż wszystko razem się zagotuje. Wtedy wyłączamy gaz i do mrugającej jeszcze zupy wrzucamy garść pachnącego, zielonego, świeżego, posiekanego drobno koperku.
Jedną z moich ulubionych bajek pana Fredry jest "Wieczerza z gwoździa". Zaczyna się tak:
"Mówią ludzie, że przed laty Cygan wszedł do wiejskiej chaty..."
Był to bardzo sprytny Cygan, który dobrze wiedział, jak należy gadać z babami - istotami, jak wiadomo, zazwyczaj ciekawskimi i nie zawsze najmądrzejszymi. Cygan zaproponował babie, że ugotuje wieczerzę (czyli kolację) na gwoździu.
Ciekawa baba zgodziła się natychmiast, nalała wody do garnka, rozpaliła w piecu i z niecierpliwością obserwowała poczynania Cygana.
"Cygan włożył gwóźdź powoli I garsteczkę prosi soli."
Któż by odmówił garsteczki soli, kiedy szykuje się taka wspaniała wieczerza! Baba dała soli. Zaraz potem Cygan poprosił o małą łyżeczkę masła. Też mu nie odmówiła.
"Potem Cygan jej powiada:
- Hej, Mamuniu, czy tam w chacie krup garsteczki wy nie macie?"
Oczywiście, nasze dziecko kulinarne wie doskonale, że "krupy" to jest po prostu staropolska nazwa kaszy - może jaglanej, a może i gryczanej? Chociaż ta ostatnia występowała jeszcze w naszym wieku XX jako "tatarczana", ponieważ gryka, z ziarna której robi się tę pyszną kaszę, nazywana była "tatarką".
Jak łatwo się domyślić - baba, płonąc z ciekawości, nie poskąpiła i krup. Sypnęła ich do garnka całą garść - i już kolacja Cygana była gotowa.
"Cygan wtenczas czas swój zgadł, Gwódź wydobył, kaszę zjadł."
Czy możemy się domyślać, że ta kasza była na gęsto? E, nie, raczej nie. Po wsypaniu do garnka zaledwie garści kaszy powstał zapewne dosyć cienki krupniczek. Zresztą wieczerza na gwoździu przeszła do skarbnicy porzekadeł raczej jako "zupa na gwoździu", czyli zupa "z niczego". I jako taką będziemy ją dziś przyrządzać.
Gwoździem naszej zupy - naprawdę pysznej i godnej polecenia - będzie kawałek (ok. 10 dag) chudego wędzonego boczku albo i wędzonego bekonu. Proszę włożyć ten boczek czy bekon do garnka zawierającego półtora litra wody, po czym dodać obraną włoszczyznę pokrajaną w kostkę (dobrym sposobem zresztą jest krajanie włoszczyzny już po ugotowaniu - to dużo łatwiejsze i nie kaleczy się paluszków). No i dobrze.
Zupa się gotuje, a my pytamy:
- Hej, Mamuniu, czy tam w chacie jakichś grzybków wy nie macie?
Po czym, wyłudziwszy grzybki suszone (całą garść) lub, jeszcze lepiej, świeże (borowiki byłyby najlepsze, niechby tylko ktoś dorosły upewnił się, choćby z atlasem grzybów w dłoni, że to na pewno borowiki!) - po umyciu i oczyszczeniu wrzucamy je do garnka z gwoździem. Wyciągamy z mamy jeszcze zgodę na użycie czterech sporych ziemniaków (po obraniu i umyciu pokrajać w grube, smakowite plasterki i wrzucić do garnka), wreszcie - filiżankę kaszy gryczanej, którą wsypujemy do zupy wtedy, gdy boczek jest już miękki. Teraz jeszcze pół kostki bulionowej (nie więcej, żeby zupa nie była zbyt słona!), może szczypta pieprzu dla smaku - i niech zupka nasza gotuje się powoli, dopóki nie zmięknie kasza.
W tym czasie pokroimy w talarki dwie cebule i przysmażymy je na łyżce masła, rumieniąc z obu stron. Kiedy zupa jest już prawie gotowa, wrzucamy do niej jeszcze i tę cebulę wraz z masłem, po czym znów zaczynamy swoje:
- Hej, Mamuniu, czy tam w chacie...
I wyłudziwszy jeszcze filiżankę dobrej, gęstej, kwaśnej śmietany, zasilamy ją łyżeczką mąki (doskonale rozmieszać, żeby nie było grudek!). Zalawszy zupę tą zaprawą, odczekujemy jeszcze, aż wszystko razem się zagotuje. Wtedy wyłączamy gaz i do mrugającej jeszcze zupy wrzucamy garść pachnącego, zielonego, świeżego, posiekanego drobno koperku.
Wyjmujemy gwóźdź, czyli kawałek boczku, kroimy go w kostkę, po czym układamy w tej postaci na talerzach - i już możemy spożywać krupnik pana Fredry. Jest naprawdę znakomity!
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Znajdź studia, kursy i szkolenia







