Ciastka rodzynkowe dla Hjalmara
23.08.2001
, aktualizacja: 27.08.2001 22:41
Kiedy pisałam niedawno o bożkach snu: Hypnosie, Tkelosie, Morfeuszu i Fantasosie, których wymyślili starożytni Grecy, przypomniałam sobie prześliczną baśń Hansa Christiana Andersena, jednego z moich ukochanych autorów. Ta baśń nazywa się "Ole Zmruż-Oczko" i, moim zdaniem, opowiada o duńskim Hypnosie.
"Kiedy zbliża się wieczór - pisze nasz drogi pan Andersen - przychodzi Ole Zmruż-Oczko, wstępuje cichutko na schody, bo chodzi w samych pończoszkach, otwiera cichutko drzwi i - plusk! - delikatnie pryska dzieciom w oczy ciepłym mlekiem, drobnymi, drobnymi kropelkami, ale tak, by musiały zamknąć oczy i nie mogły go widzieć, a potem staje z tyłu i dmucha im ostrożnie w karki, wtedy głowy ciążą im coraz bardziej, ciążą, ale to wcale nie boli".
Ach! Oczywiście! Dokładnie pamiętam, że tak właśnie mi się zasypiało, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Chyba też pamiętam, jak przez sen, samego Ole. Tak jak pisał pan Andersen - Ole był bardzo pięknie ubrany (a twarz jego była wypisz-wymaluj jak na ilustracji Jana Marcina Szancera), jedwabny jego płaszcz mienił się przy najmniejszym poruszeniu kolorami czerwonym, zielonym i niebieskim. Pod każdą pachą trzymał parasol. Ten kolorowy, pokryty ślicznymi obrazkami, otwierał nad grzecznymi dziećmi. A ten drugi, czarny, bez obrazków, rozpinał nad niegrzecznymi. I one właśnie nie miały żadnych snów, aż do rana.
Ale nie mam pojęcia, skąd ja tego Ole pamiętam, skoro podczas jego wizyt już smacznie spałam? Może po prostu tak dobrze go sobie wyobraziłam?
A mówiąc między nami - on chyba odwiedza mnie do dziś, bo przecież nadal miewam bardzo piękne i kolorowe sny. Uważam, że to całkiem niezły znak.
"- To nie do wiary, ilu dorosłych pragnie, bym ich odwiedzał - powiedział Ole Zmruż-Oczko. - Są to zwłaszcza ci, którzy mają coś złego na sumieniu. Dobry, mały Ole - mówią do mnie. - Nie możemy zmrużyć oczu, leżymy całe noce i patrzymy na wszystkie nasze złe uczynki, które jak małe, złośliwe chochliki siadają na krawędzi naszych łóżek i pryskają na nas gorącą wodą; mógłbyś przyjść i przegnać je, abyśmy wreszcie mogli usnąć!< - potem wzdychają głęboko. - Chętnie zapłacimy ci za to: dobrej nocy. Ole! Pieniądze leżą na oknie!< - Ale nie czynię tego dla pieniędzy - powiedział Ole Zmruż-Oczko".
W tej pięknej baśni (zresztą pan Andersen innych nie pisywał) opowiedziano nam siedem snów, jakie pewien mały chłopczyk imieniem Hjalmar wyśnił od poniedziałku do niedzieli, oczywiście za sprawą Ole Zmruż-Oczko. W poniedziałek, na przykład, śniło mu się, że wszystkie rośliny w doniczkach wyrosły na wielkie drzewa, ich gałęzie sięgały sufitu i pełne były cudownych, rozkosznie pachnących kwiatów, które "przy skosztowaniu smakowały słodziej od konfitur. Owoce połyskiwały jak złoto; były tam takie ciastka, które pękały od rodzynków; wszystko było nadzwyczajne".
- Oho-ho-ho! Stop! Stop! - zawrzaśnie zapewne w tym miejscu niejedno dziecko kulinarne. - Ciastka pękające od rodzynków, hm? No, no, jakże to smakowicie brzmi. Ach, mniam, jak by to było dobrze mieć przepis na te ciasteczka!
Ależ służę uprzejmie, sama już dawno miałam ochotę spróbować wyśnionych ciastek Hjalmara. Poszukałam duńskiego przepisu. I znalazłam. I piekłam ciastka rodzynkowe już nieraz, zawsze z najlepszymi efektami.
Niech dziecko przygotuje 3/4 kostki masła, czubatą szklankę cukru, czubatą szklankę mąki, trzy jaja i trzy żółtka. No i oczywiście - rodzynki: te jasne, kalifornijskie i te drobne, ciemniejsze, i te całkiem malutkie, czarne. Sułtanki i koryntki, i te najzwyklejsze, jasnobrązowe. Jak najwięcej rodzynków, jakie tylko uda się dostać lub wyszperać w tylnej części najtajniejszej kuchennej skrytki.
Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę, dodajemy po kolei jaja i żółtka, wciąż ucieramy. Kiedy wszystko pięknie się połączy, wsypujemy mąkę, odrobinę cukru waniliowego, skórkę otartą z umytej cytryny, a wreszcie nasze ulubione rodzynki w ilościach dowolnych, w ilościach po prostu jak największych, tak, żeby ciasto było nimi po prostu przeładowane!
Smarujemy tłuszczem małe foremki w kształcie babeczek, nakładamy ciasta po brzegi i pieczemy 15 minut w średniej temperaturze, tj. ok. 180 stopni. Kiedy się upieką, pozwalamy im wystygnąć, a następnie smarujemy polewą czekoladową, na którą przepis już podaję: 20 dkg cukru pudru przesianego przez sitko i dwie łyżki dobrego ciemnego kakao utrzeć z dwiema-trzema łyżkami gorącego mleka i trzema łyżkami roztopionego masła. Natychmiast po utarciu polukrować ciastka. Ten lukier, łatwy w przyrządzaniu, po wystygnięciu zachowuje piękny kolor i połysk.
I już. Gotowe! Ciastka, pękające od rodzynków, te pyszne duńskie ciastka Hjalmara, są przysmakiem jak z baśni. Albo jak ze snu. Wywołanego oczywiście przez sympatycznego Ole Zmruż-Oczko.
Ach! Oczywiście! Dokładnie pamiętam, że tak właśnie mi się zasypiało, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Chyba też pamiętam, jak przez sen, samego Ole. Tak jak pisał pan Andersen - Ole był bardzo pięknie ubrany (a twarz jego była wypisz-wymaluj jak na ilustracji Jana Marcina Szancera), jedwabny jego płaszcz mienił się przy najmniejszym poruszeniu kolorami czerwonym, zielonym i niebieskim. Pod każdą pachą trzymał parasol. Ten kolorowy, pokryty ślicznymi obrazkami, otwierał nad grzecznymi dziećmi. A ten drugi, czarny, bez obrazków, rozpinał nad niegrzecznymi. I one właśnie nie miały żadnych snów, aż do rana.
Ale nie mam pojęcia, skąd ja tego Ole pamiętam, skoro podczas jego wizyt już smacznie spałam? Może po prostu tak dobrze go sobie wyobraziłam?
A mówiąc między nami - on chyba odwiedza mnie do dziś, bo przecież nadal miewam bardzo piękne i kolorowe sny. Uważam, że to całkiem niezły znak.
"- To nie do wiary, ilu dorosłych pragnie, bym ich odwiedzał - powiedział Ole Zmruż-Oczko. - Są to zwłaszcza ci, którzy mają coś złego na sumieniu. Dobry, mały Ole - mówią do mnie. - Nie możemy zmrużyć oczu, leżymy całe noce i patrzymy na wszystkie nasze złe uczynki, które jak małe, złośliwe chochliki siadają na krawędzi naszych łóżek i pryskają na nas gorącą wodą; mógłbyś przyjść i przegnać je, abyśmy wreszcie mogli usnąć!< - potem wzdychają głęboko. - Chętnie zapłacimy ci za to: dobrej nocy. Ole! Pieniądze leżą na oknie!< - Ale nie czynię tego dla pieniędzy - powiedział Ole Zmruż-Oczko".
W tej pięknej baśni (zresztą pan Andersen innych nie pisywał) opowiedziano nam siedem snów, jakie pewien mały chłopczyk imieniem Hjalmar wyśnił od poniedziałku do niedzieli, oczywiście za sprawą Ole Zmruż-Oczko. W poniedziałek, na przykład, śniło mu się, że wszystkie rośliny w doniczkach wyrosły na wielkie drzewa, ich gałęzie sięgały sufitu i pełne były cudownych, rozkosznie pachnących kwiatów, które "przy skosztowaniu smakowały słodziej od konfitur. Owoce połyskiwały jak złoto; były tam takie ciastka, które pękały od rodzynków; wszystko było nadzwyczajne".
- Oho-ho-ho! Stop! Stop! - zawrzaśnie zapewne w tym miejscu niejedno dziecko kulinarne. - Ciastka pękające od rodzynków, hm? No, no, jakże to smakowicie brzmi. Ach, mniam, jak by to było dobrze mieć przepis na te ciasteczka!
Ależ służę uprzejmie, sama już dawno miałam ochotę spróbować wyśnionych ciastek Hjalmara. Poszukałam duńskiego przepisu. I znalazłam. I piekłam ciastka rodzynkowe już nieraz, zawsze z najlepszymi efektami.
Niech dziecko przygotuje 3/4 kostki masła, czubatą szklankę cukru, czubatą szklankę mąki, trzy jaja i trzy żółtka. No i oczywiście - rodzynki: te jasne, kalifornijskie i te drobne, ciemniejsze, i te całkiem malutkie, czarne. Sułtanki i koryntki, i te najzwyklejsze, jasnobrązowe. Jak najwięcej rodzynków, jakie tylko uda się dostać lub wyszperać w tylnej części najtajniejszej kuchennej skrytki.
Masło ucieramy z cukrem na puszystą masę, dodajemy po kolei jaja i żółtka, wciąż ucieramy. Kiedy wszystko pięknie się połączy, wsypujemy mąkę, odrobinę cukru waniliowego, skórkę otartą z umytej cytryny, a wreszcie nasze ulubione rodzynki w ilościach dowolnych, w ilościach po prostu jak największych, tak, żeby ciasto było nimi po prostu przeładowane!
Smarujemy tłuszczem małe foremki w kształcie babeczek, nakładamy ciasta po brzegi i pieczemy 15 minut w średniej temperaturze, tj. ok. 180 stopni. Kiedy się upieką, pozwalamy im wystygnąć, a następnie smarujemy polewą czekoladową, na którą przepis już podaję: 20 dkg cukru pudru przesianego przez sitko i dwie łyżki dobrego ciemnego kakao utrzeć z dwiema-trzema łyżkami gorącego mleka i trzema łyżkami roztopionego masła. Natychmiast po utarciu polukrować ciastka. Ten lukier, łatwy w przyrządzaniu, po wystygnięciu zachowuje piękny kolor i połysk.
I już. Gotowe! Ciastka, pękające od rodzynków, te pyszne duńskie ciastka Hjalmara, są przysmakiem jak z baśni. Albo jak ze snu. Wywołanego oczywiście przez sympatycznego Ole Zmruż-Oczko.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Znajdź studia, kursy i szkolenia







