Ciastka Ksantypy

Małgorzata Musierowicz
23.08.2001 , aktualizacja: 14.02.2002 18:14
A A A Drukuj
Żyła na przełomie piątego i czwartego wieku przed naszą erą i przeszła do historii ludzkości jako jędza i kłótnica, a w dodatku osoba głupia i bez polotu - Ksantypa! Była żoną Sokratesa, którego do dziś uważa się za największego filozofa wszech czasów, twórcę teorii idei, doskonały wzór mędrca. Ale z jej punktu widzenia Sokrates wyglądał zupełnie inaczej.
I właściwie trudno się biednej kobiecie dziwić.

Sokrates najpierw był rzeźbiarzem, jak jego ojciec, i bardzo przyzwoicie zarabiał. Potem powołano go do wojska; brał udział w bitwach pod Delion i Amfipolis, gdzie odznaczył się męstwem i zimną krwią.

Ale w dalszych latach życia kompletnie mu odbiło. Oddał się bez reszty pracy nauczycielskiej i uznał, że to właśnie jest jego misja i obowiązek wobec państwa. Dlatego z uporem nie chciał przyjmować za swą pracę nawet najmniejszej zapłaty. Nauczał wszędzie, gdzie się gromadzili chętni słuchacze - a więc na ulicach, placach i rynkach, rozprawiając bez końca i wdając się w zawiłe dysputy.

Dziś nie bardzo dokładnie wiadomo, jaka była treść jego nauk, i co tak oburzyło niektórych spośród słuchaczy, że w siedemdziesiątym roku życia oskarżyli Sokratesa o bezbożność i demoralizację młodzieży (postawiono go przed sądem i skazano na śmierć przez wypicie cykuty). O tych naukach wiadomo niewiele, przede wszystkim dlatego, że Sokrates nie miał zwyczaju spisywać swych myśli, a dwaj jego uczniowie - Platon i Ksenofont - piszą o nim rzeczy często najzupełniej sprzeczne.

Ogólnie biorąc - wiemy, że Sokratesowi chodzi o cnotę, czyli pewną doskonałość. Posiadać ją mógł, zdaniem filozofa, zarówno rzemieślnik, kiedy tworzył doskonałe przedmioty, jak i żołnierz odznaczający się odwagą, czy sędzia wydający sprawiedliwe wyroki. Ta doskonałość polega na umiejętności, a ta jest mądrością, która wynika z wiedzy. Prawdziwa cnota jest jedna - nauczał Sokrates - osiągając ją zdobywamy dobro, a z nim pożytek i szczęście.

"Ten biedak w podartym płaszczu, otoczony kołem uczniów i adeptów spośród najwytworniejszej młodzieży arystokratycznej, dla przeciętnego Ateńczyka był tylko dziwakiem, którego trudno brać na serio, mimo że wyrocznia delficka miała orzec, że jest on najmądrzejszym człowiekiem w Grecji" - pisze Władysław Kopaliński we wspaniałym "Słowniku mitów i tradycji kultury" - którą to książkę nasze kochane dziecko kulinarne i zarazem kulturalne już dawno, za naszą namową, odnalazło w bibliotece rodziców i teraz studiuje z zapałem, dowiadując się wciąż nowych rzeczy - niezwykłych i ciekawych (tylko proszę tę książkę szanować, bo jej zniszczenia rodzice po prostu nie zniosą!).

Ksantypa tymczasem siedziała w domu, bo oczywiście w tamtych czasach kobiety nie miewały zawodu. Była tylko żoną biedaka w podartym płaszczu, który całymi dniami gadał na ulicach z obcymi ludźmi i nie przynosił do domu złamanego grosza. Jak sobie radziła nieszczęsna kobieta, by wyżywić Sokratesa i trzech synów - trudno sobie wyobrazić. Dokonywała chyba cudów pomysłowości. Zapewne prała dla zarobku u sąsiadów lub pilnowała czyichś dzieci, a może była kimś w rodzaju służącej. W każdym razie los jej był dosyć ciężki.

A tymczasem małżonek, początkowo łagodnie przekonywany, wreszcie poddawany ostrym awanturom, ani myślał się poprawić. Jego płaszcz był coraz bardziej podarty, a o jej strojach nie ma nawet co wspominać. Opowiadał jej o cnocie i mądrości, gadał, gadał i gadał, a ponieważ ona długo nie wytrzymywała tego gadania (bo głodne dzieci płakały), on uważał ją za istotę niższą umysłowo. Zapytany przez kolegę, dlaczego ożenił się z kobietą tak nieznośną, odpowiedział rozkosznie: "Bo dobrze wiedziałem, że jeśli z nią potrafię wytrzymać, zdobędę taką wprawę, że z łatwością będą mógł współżyć ze wszystkimi innymi ludźmi". Czy słysząc te słowa kobieta mogłaby nie wpaść w furię?

Niemożliwe.

Nawiasem mówiąc, polski pisarz Ludwik Hieronim Morstin napisał w roku 1939 sztukę pod tytułem "Obrona Ksantypy" - i ja go bardzo dobrze rozumiem.



Naturalnie nieszczęsna Ksantypa, choć nieustannie wściekła i rozgoryczona na los, musiała robić swoje. Wymyślała więc tanie, lecz pożywne potrawy, by nasycić swoich czterech głodomorów, w tym jednego nieumiarkowanego gadułę. Oto jaką potrawę wyobraziłam sobie, rozważając dolę Ksantypy - pikantne ciastka cebulowe. Bardzo pożywne i sycące, a przy tym tak ostre, jak język Ksantypy i tak piekące, jak jej myśli. No i niezbyt drogie. A więc do roboty:

Proszę odkroić trochę więcej niż połowę kostki smalcu i zagnieść go na stolnicy z czubatą szklanką mąki, dodając 2 dkg drożdży (roztartych w kubeczku z dwiema łyżkami letniej wody), oraz czubatą łyżkę masła, dwa jajka, sól i pieprz (dużo!) i wreszcie dwie cebule utarte drobno na tarce jarzynowej (przy otwartym oknie! - bo inaczej obfite łzy nie pozwolą dziecku dokończyć dzieła). Zagnieść wszystko razem na zwarte ciasto i utoczyć z niego wałeczki grube na dwa palce. Pokroić te wałeczki w ukośne kwadraciki, jak leniwe pierogi. Posmarować rozkłóconym jajkiem, posypać pieprzem i kminkiem i upiec w temperaturze 180 stopni na kolor rumiany.

Po upieczeniu podać talerzyk ciastek mamusi, snując przy tym opowieść o Ksantypie. Zobaczy dziecko, jak się mamusia zainteresuje!

Podziel się

  • 4 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Znajdź studia, kursy i szkolenia

Lektury belfra Staszka

Masz problem z czytaniem lektur? Nudzą Cię? Belfer Staszek tłumaczy je na wesoło.

Przepisy bohaterów literackich

Nauka literatury ze szczyptą humoru. Smacznego.