Od najmłodszych lat każdy uczeń z nosem spuszczonym na kwintę czyta grube tomy lektur szkolnych. Sienkiewicz, Mickiewicz, Prus, Reymont, czasem jeszcze Witkacy i może Żeromski. Każda powieść ma swoją postać pierwszoplanową, wzór cnót i norm, postępowanie której drogi uczniu powinieneś naśladować. Ale czy na pewno? Słyszenie głosów, wybory, które nie dają szczęścia, stany depresyjne, schizofrenie i molestowanie - taki piękny przykład zachowań dają nam bohaterowie zamieszkujący w lekturach.
"Stanisław W., właściciel sklepu na Krakowskim Przedmieściu, znany przedsiębiorca i biznesmen, członek spółki handlowej ze Wschodem, w ciągu ostatnich kilku miesięcy regularnie nachodził, nagabywał, śledził pannę Izabelę Ł., arystokratkę, wywodzącą się z zasłużonego dla Warszawy rodu Łęckich". Taki nagłówek mógłby się pojawić na pierwszych stronach czasopism w stolicy w 1879 roku, gdyby Izabela Łęcka zdecydowała się wnieść oskarżenie w stołecznym sądzie.
Wzór cnót pozytywistyczno-romantycznych pod wpływem strzały Kupidyna przekracza bowiem pewne granice. Opętany uczuciem, którego nie można nazwać miłością, robi wszystko by zdobyć młodszą od niego o dobrych dwadzieścia lat arystokratkę. A zaczyna się dosyć niewinnie. Wokulski, bohater "Lalki" Bolesława Prusa, na przedstawieniu teatralnym zauważa piękną kobietę, która nie patrzy na scenę, jak inni widzowie, ale jest pogrążona w swoich marzeniach. Wydaje się kobietą z jego marzeń. Pragnie jej, potrzebuje widzieć ją codziennie. Dlatego też zaczyna uczestniczyć we wszystkich imprezach organizowanych przez i dla warszawskiej arystokracji. Początkowo wystarcza mu, że czasem ich spojrzenia się spotkają, a przechodząc, dotknie choć jej sukni. Ale po jakimś czasie to już za mało.
Kim jest mężczyzna, który jest wszędzie, gdzie Izabela zdaje się obrócić? Jak przez mgłę Łęcka przypomina sobie kogoś, kto nachalnie się w nią wpatrywał, na kogo wpadała, ktoś, kogo często widywała, gdy wyglądała przez okno. Jak odrażającą postacią wydaje się być mężczyzna, który osacza dziewczynę, która go nie chce. Izabela odrzuca jego zaloty kilkakrotnie, ale za każdym razem Wokulski powraca jak bumerang.
Alter ego - Ignacy Rzecki
Życiem Wokulskiego żyje nie tylko on sam. Każda czynność, którą wykonuje, każde słowo, które powie, jest skrupulatnie odnotowywane w pamięci starego subiekta, który pracuje w jego sklepie. Ignacy Rzecki jest Wielkim Bratem, którego wszędobylskie oko śledzi przyjaciela w trudach dnia. Rzecki chce widzieć w Stanisławie siebie samego sprzed lat. Próbuje budować w nim zapędy powstańcze. Liczy, że Stacho, jak nazywa swojego przyjaciela, będzie realizatorem jego niezrealizowanych idei. W wyobraźni Ignacego toczy się Second Life, z nim samym w ciele Stanisława Wokulskiego. Dlatego irytuje go, kiedy mężczyzna przestaje się zachowywać racjonalnie- czyli zgodnie z tym, co zakładał Rzecki.
Na początku dosyć niechętnie patrzy na zaloty przyjaciela. Z czasem zapewne sam zaczyna podkochiwać się w młodziutkiej Łęckiej. Być może zdarza mu się o niej marzyć. Podobnie jest z Heleną Stawską, która zakochuje się w Stachu, a w której to z kolei zakochuje się Rzecki. Subiekt widzi w niej najlepszą kandydatkę na żonę dla przyjaciela i dla siebie. Sam zaczyna się już gubić w tym, co wymyślił sobie dla siebie, a co dla Stacha. Tak jest, kiedy Wokulski mówi mu, że nie poślubi Heleny. Rzeckiemu jest przykro, że kobieta nie będzie szczęśliwa z mężczyzną, którego kocha, ale czuje jednocześnie radość i ulgę, bo przecież, gdyby był ciut młodszy, wszystko byłoby możliwe.
Ignacy i jego alter ego Stanisław. Nocami snuje plany politycznych poczynań Wokulskiego. Całe dnie natomiast spędza, przypominając sobie swoje młodzieńcze dokonania. Sam już nie wie, czy wyobraża sobie siebie jako Wokulskiego, czy odwrotnie, sam jest Wokulskim. Sensem życia Rzeckiego jest życie Stacha. Gdy Wokulski znika po zawodzie miłosnym, wypala się życie starego subiekta.
Z motyką na słońce - Tomasz Judym
Postacią, która ma niemal schizofreniczne objawy, jest doktor Tomasz Judym, bohater "Ludzi bezdomnych" Stefana Żeromskiego. Przyczyną jego zaburzeń jest jego przeszłość, w zarysach przypominająca historię Kopciuszka, ale niestety bez happy endu.
W tej historii na próżno szukać dobrych wróżek i karoc z dyni. Przyszły doktor urodził się w dzielnicy, w której królował brud, smród i stada szczurów. Zabrała go stamtąd bogatsza ciotka, której "nie godzien był pucować butów". Młody Tomasz nie dość, że nie protestował, gdy go poniżano - a poniżany był ciągle i przez wszystkich - to znosił wszystkie upokorzenia potulnie jak baranek. Wszystkie wolne chwile, a więc te, kiedy ostatni domownicy szli spać, a on wykonał swoje obowiązki, zaczyna spędzać z książką w ręku. Wszystko po to, żeby zostać doktorem. Bardzo słuszne przedsięwzięcie - w czasach, kiedy Judym chadzał ulicami Warszawy, zresztą tak jak i dziś - dobry doktór mógł zbić spory majątek. Szczególnie jeśli miał prywatną praktykę.
Chłopak wymyśla sobie jednak zupełnie inny, wręcz groteskowy plan. Wypowiada małą prywatną wojnę bakteriom i wirusom całego świata. Judym przypomina trochę kamikadze. Ma w zanadrzu tylko broń o niewielkim kalibrze, którą nazywa nauką higieny. Zamiar iście pozytywistyczny, w końcu wszyscy pozytywiści za bardzo pozytywne uważali rzucanie się z motyką na słońce.
Aby dodać swojej walce większego dramatyzmu (bo Tomasz Judym jest też po trochu masochistą), nie zgadza się na karierę lekarską i płynące z niej benefity, wypiera się miłości do Joanny Podborskiej - jedynej osoby, która w jakiś sposób go rozumiała - i rzuca się zgodnie ze swoją ideą w błoto slumsów. Don Kichot, który w szale działania rzucał się na wiatraki, miał przynajmniej swojego Sanczo Pansę. Judym ma tylko swoją ideę.
Kolejnym wzorem stawianym biednym licealistom do naśladowania jest Konrad Wallenrod. Całe życie bohatera jest zbudowane na kłamstwie, zemście i wyrzeczeniach. Wszystkie uczynki Wallenroda mają jeden wspólny mianownik: wendeta. Chłopakowi nie brak cierpliwości, swoją zemstę planuje i przygotowuje przez całe lata.
Konrad Wallenrod albo Walter Alf - jak nazywał się, będąc młodzieńcem, jest rycerzem, który postępuje wbrew kodeksowi rycerskiemu. Jest też Litwinem, który walcząc dla Litwinów, przebiera się za krzyżackiego komtura i zabija właśnie Litwinów. Jest dowódcą, który świadomie wystawia na pewną śmierć ufających mu żołnierzy. Jest Krzyżakiem, który przechodzi na stronę Litwinów, bo ciągnie go do ojczyzny. Wallenrod zdecydował się przejść w szeregi przeciwnika, by zadać mu cios od tyłu. A może biedny Wallenrod po prostu pogubił się w życiu?
Wizjoner Konrad
Konrad z III części "Dziadów" popadł z kolei w taką megalomanię, że poczuł się nie tylko lepszy od innych, ale zaczął nawet siebie uważać za jedyną osobę, która może dokonać dzieła zbawienia narodu. Dyskutuje z Bogiem, czasem rzuci pod jego adresem jakieś bluźnierstwo. Jak sam mówi, usprawiedliwia go to, że jest przecież Milijonem. Egoizm Konrada jest pełen samouwielbieniu. Nie umiałby stanąć obok tysiąca innych, bo wtedy właśnie nie czułby się wystarczająco niepowtarzalny. Rozpływa się nad samym sobą, niby "cierpi katusze", a tak naprawdę ten ból daje mu masochistyczne szczęście. Chce wszystkie zasługi przypisać wyłącznie sobie, z miłości do ludzi, z miłości do ojczyzny, a tak naprawdę z zachwytu nad samym sobą.
Konrad miewa swoiste wizje - czasem wydaje mu się, że jest krukiem, czasem, że orłem. Wówczas to, między jawą a snem, dostaje słowotoku. Potok słów dla każdego licealisty rzeczą przydatną bywa. Ale te wizje? Radio o tym bębni, huczą nauczyciele - jak masz omamy, to jest z tobą coś nie tak Zabiera się takiego wizjonera z lekcji, w szpitalu sprawdza się, co brał, a na policji - od kogo.
Casanova Baryka
Stefan Żeromski za godnego noszenia miana głównego bohatera "Przedwiośnia" uznał Cezarego Barykę - uzależnionego od uwodzenia i od kobiet, młodzieńca, który działa pochopnie i impulsywnie.
Początkowo uwodzi Karolinę Szarłatowiczównę. Odprowadza ją do domu, niby okrywając od deszczu płaszczem, po to tylko, żeby poczuć kobiece ciało pod ręką, wykrada jej pocałunki, tańcuje z nią kozaka. Rozkochuje w sobie też Wandę. Wspólna gra na dwie ręce na fortepianie sprawia, że dziewczę nie może przestać o nim myśleć. Wojak wyśmiewa jednak jej wyznanie miłosne, co doprowadza do tragedii. Wanda podgląda Cezarego i Karusię, widzi, jak się całują, postanawia więc pozbyć się rywalki i faszeruje kuzynkę trucizną. Baryka oczywiście nic sobie nie robi ze śmierci biednej Karoliny. Wie, kto i dlaczego otruł dziewczę, ale nie ujawnia tego. Może to i dobrze, bo dzięki temu Wanda ma jakąś szansę na dalsze życie.
Dwa młode ciała mu nie wystarczają. Im trudniejsze łowy, tym lepsza zabawa. Baryka uwodzi też kilka lat od niego starszą wdowę, która jest narzeczoną innego. Mowa o pięknej Laurze Kościenieckiej, która wprowadza młodzieńca w arkana sztuki miłosnej. Po raz pierwszy zakochany chłopak pragnie być tylko z Laurą. Okazuje się namiętnym, zaborczym, a ostatecznie i zagrażającym przyszłości kobiety kochankiem. W starciu z narzeczonym Kościenieckiej - hrabią Barwickim - pokazuje, na jak wielką impulsywność i nierozwagę go stać- uderza nie tylko "konkurenta", ale i policzkuje Laurę.
Może więc bohaterowie lektur szkolnych nie są najtrafniejszymi postaciami do naśladowania, chociaż co poniektóre polonistki i poloniści uwielbiają katować nimi swoich uczniów? Megalomania i zbytnia wiara we własne możliwości doprowadzają ich do zguby, tak samo jak i szalona miłość. Czy aby na pewno tego potrzebujecie, drodzy licealiści? Przecież nie wszystkie wzorce sprzed lat są dziś nadal aktualne. Lepiej jest czasami żyć sobie spokojnie w zaciszu rodzicielskiego mieszkanka, niż walczyć o sprawy, które nie mają sensu.
[i]Konrad Wallenrod (...) przebiera się w krzyżacki komtur[/i]Ja rozumiem, że Autor w swojej postawie patriotycznej jest aż takantyniemiecki i antykrzyżacki, że rzeczownik "komtur" odmienia »
Przecież na przykładzie różnych postaci można pokazać wiele postaw, niekoniecznie pozytywnych, ale obecnych w życiu społecznym i w sytuacjach osobistych. Licealista musi też uczyć się »