Literatura jako (anty)poradnik sprawowania władzy
04.06.2011
, aktualizacja: 05.11.2009 10:23
O polskich Makbetach, Boromirach i zwierzętach z "Folwarku zwierzęcego", czyli jak nasi politycy czerpią z literatury i jej bohaterów.
ZOBACZ TAKŻE
- Kronika wypadków literackich (12-04-11, 18:18)
- Folwark zwierzęcy (07-03-08, 13:10)
- Wpadki w filmach historycznych (28-05-11, 11:13)
- Bohaterowie do (nie)naśladowania (05-05-11, 17:32)
Ostatnio wiele kontrowersji wywołało przyznanie Barackowi Obamie pokojowej nagrody Nobla. Co by nie mówić, prezydentowi kraju, który od czasów II wojny światowej brał udział w największej liczbie konfliktów zbrojnych. Przez polski internet przetoczyła się dyskusja na ten temat, a konkluzja z niej brzmi mniej więcej tak: "pokojowa nagroda Nobla przestała cokolwiek znaczyć". Wiatr w żagle złapali też rodzimi publicyści i szybko obwieścili, że "rozszyfrowali" komisję noblowską. Obama dostał nagrodę po prostu "na zachętę". Jako motywację do dalszego działania na rzecz światowego pokoju. Do boju w dyskusji przystąpiła też reprezentacja narodu z ulicy Wiejskiej. Gdyby prezydent USA oglądał polskie wiadomości, to dowiedziałby się od polskich polityków, że na nagrodę jak najbardziej zasłużył. Lecz gdyby dojrzał jeszcze, jak "nasi" puszczają delikatnie oczko do telewidzów, to zrozumiałby, że tak naprawdę komisja noblowska zwariowała. Szczęście ma ten Obama, że się w Polsce nie urodził, tu zapewne musiałby się przed komisją śledczą z Nobla tłumaczyć.
Badania poziomu zaufania do zawodów publicznych pokazuję, że to zawód polityka wzbudza tego zaufania najmniej. Uważamy polityków za chciwych, realizujących jedynie własne prywatne ambicje, wykorzystujących władzę do celów prywatnych. W swojej obronie parlamentarzyści często uciekają się do argumentów, że polska demokracja jest jeszcze bardzo młoda i oni sami dopiero się jej uczą. Można by im tu przyznać trochę racji, ale gdy spojrzymy na wiedzę, którą mieli szansę przyswoić w szkole, widzimy, że gdyby pilnie uważali na lekcjach języka polskiego, wielu błędów mogliby jednak w dorosłym życiu uniknąć.
Bo odkąd zaczęto spisywać myśli, zaczęto również opisywać władców. Każdy wspaniały władca ma swój akapit, a i tyranom nie szczędzono papieru. Od mitologii starożytnej po współczesne opowiadania science fiction literatura daje wiele przykładów wspaniałych mężów stanu, ale jeszcze więcej tragicznych jednostek gotowych dla władzy kłamać, zdradzać, zabijać. To z książek możemy się dowiedzieć, jak chora ambicja prowadzi do dramatu ("Makbet" Szkespira). Jak złego pana zamienić na tyrana, czego doznali bohaterowie "Folwarku zwierzęcego" George'a Orwella. Jak łatwo stracić honor i chwałę w imię żądzy władzy (Boromir z "Władcy Pierścieni" Tolkiena). By w końcu się przekonać, że rządzenie w stylu, w którym jedynym argumentem jest brutalna siła, może prowadzić do utraty "człowieczeństwa" - taką sytuacje opisał William Golding w powieści "Władca much". Co ciekawe, podobne zachowania i sytuacje możemy zaobserwować w naszym codziennym życiu politycznym, oczywiście stosując odpowiednie proporcje. Ale po kolei.
"Zły plon bezprawia nowym się tylko bezprawiem poprawia"
Słowa te Makbet wypowiada po dokonaniu kolejnego zabójstwa. Dociera do niego, jak niewiele potrzeba, aby uruchomić machinę zła, demona czyhającego w człowieku. Jeden klocek wystarczy, aby całe domino się położyło. Kolejne klocki są tylko kwestią czasu i potrzeby. Makbet, oddany i szanowany rycerz króla Dunkana, pchany chorobliwymi ambicjami swojej małżonki zbiera plon bezprawia, które sam czyni. Potrzeba tylko przepowiedni wiedźm, które zaszczepiają w nim wizję jego jako króla Szkocji. Wtedy zaczynają się budzić ukryte żądze, jak się później okaże, silniejsze niż Makbeta charakter. Mówi się, że okazja czyni złodzieja, ale w tym przypadku okazja uczyniła zbrodniarza. Krocząc po trupach, dochodzi do celu. Zostaje królem Szkocji, lecz nie posiada nic więcej. Sterowany przez Lady Makbet staje się dla swego ludu tyranem. Znienawidzony przez wszystkich, popada w chorobę psychiczną, skąd już krótka droga do obłędu i śmierci. Ginie w walce, broniąc tego, czego nigdy nie zdobyłby w uczciwy sposób.
Postać Makbeta przywodzi na myśl wielu bohaterów naszego życia politycznego. Ileż to razy, patrząc w ekran telewizora, zastanawiamy się, jak "ktoś taki" mógł zostać posłem? Gdy brak jakiegokolwiek przygotowania merytorycznego, charyzmy czy nawet kultury, zastanawiamy się, co mogło zadecydować o sukcesie. Chora ambicja i walka "na dołach"? Ilu to już mieliśmy skompromitowanych polityków, ministrów, kurczowo trzymających się swojej funkcji do końca? Ciekawa jest tu również funkcja sterowniczego z drugiego szeregu, jaką pełniła Lady Makbet. W końcu podobno przynajmniej dwa rządy III RP były sterowane przez niewidzialną rękę z drugiego siedzenia.
"Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych"
"Folwark zwierzęcy" przynosi nam ostrzeżenie przed każdą formą władzy totalitarnej. Bunt zwierząt przeciwko złemu panu kończy się sukcesem, a przyszłość farmy zdaje się malować w kolorowych barwach. Niestety początkowe założenia - siedem podstawowych zasad, którym ma podlegać życie na farmie - nijak się ma do rzeczywistości. Świnie, które przewodzą buntowi zwierząt, niszczą sielankę. Zasady są zmieniane pod nie, a pozostałym zwierzętom pozostaje jedynie ciężka praca na nowych przywódców. Świnie coraz bardziej "człowieczeją". Powracają zasady, które wcześniej były symbolem złego człowieka. Piękne idee odchodzą do lamusa. Niedoszły raj szybko zmienia się w piekło.
Orwell przedstawia schemat zmiany władzy, który później świat przerabiał wielokrotnie. Czy były to dawne kolonie w Afryce, które po uzyskaniu suwerenności wpadały w rządy krwawych tyranów, czy chociażby niektóre z państw dawnego ZSRR, po którego rozpadzie do dziś nie mogą cieszyć się pełnią wolności. Zresztą przykładów nie musimy szukać poza granicami Polski. XX-lecie międzywojenne przynosi bardzo silne nastroje nacjonalistyczne w części społeczeństwa. 123 lata niewoli to widocznie za mało dla niektórych, aby docenić pełnię swobód, a z radykalnego nacjonalizmu już tylko krok do kolejnej władzy najlepszej i najsłuszniejszej.
Dzisiejsze czasy to dla niektórych znów powrót do skrajnego "uwielbienia ojczyzny". Populistyczne hasła trafiają również dziś na podatny grunt. A slogany o Niemcach, którzy w końcu nas wykupią, i o spisku masońsko-żydowskim przeciw ojczyźnie na stałe weszły do repertuaru radykalnych myślowo parlamentarzystów.
Spadająca gwiazda
J.R.R. Tolkien spędził I wojnę światową w okopach. Choć, jak sam twierdził, doświadczenia związane z tym faktem nie miały na niego wpływu podczas tworzenia "Władcy pierścieni", ciężko się oprzeć wrażeniu, że w jakiś stopniu zdarzenie to odcisnęło piętno na jego najsłynniejszym dziele. Książka przedstawia klasyczną walkę dobra ze złem. Walkę o dominację z jednej strony, o podstawowe prawo do wolności z drugiej. Mamy tu heroiczne czyny i wielkie poświęcenia, a sam pierścień symbolizuje nieustająca pokusę, jaką jest władza i jej możliwości. Pierścień daje ogromną moc, lecz cena, jaką trzeba zapłacić za jego posiadanie, jest ogromna. Władza daje możliwości, ale degeneruje, zaślepia, co w końcu musi prowadzić do upadku. Im dłużej ją sprawujemy, tym bardziej tracimy kontakt z rzeczywistością, a i pożegnać się z nią jest ciężej.
Boromir z "Władcy pierścieni" rycerzem był wielkim. Lecz w najważniejszym momencie swojej misji zawiódł, nie potrafiąc oprzeć się pokusie, jaką było odebranie pierścienia małemu Frodo. Stawiał się ponad nim, oceniając go jedynie poprzez zdolności fizyczne. Boromir maleje w oczach. Z odważnego księcia Gondoru zamienia się w ogarniętego żądzą władzy szaleńca. Swoje zachowanie tłumaczy dobrem swego ludu. Ale czy cel uświęca środki? W końcu ginie w heroicznej walce, broniąc swych małych towarzyszy.
Boromirów ci u nas dostatek. Czasy "Solidarności" przyniosły nam wielu bohaterów, tylko czy dziś również są oni dla nas tym, kim byli kiedyś? Czasy się zmieniają, ale ideały powinny pozostać te same. Ludzie jednak również się zmieniają, niestety czasami na gorsze. Im dłużej są w polityce, tym mniej rozpoznajemy ich dawne czyny. Dziś kojarzą nam się przede wszystkim z nieudolnymi rządami, podziałami i kłótniami.
Mała zawartość raju w raju
Powieść Williama Goldinga "Władca much" opowiada historię grupy chłopców, którzy w wyniku katastrofy samolotu trafiają na rajską bezludną wyspę gdzieś na Pacyfiku. Pozbawieni dorosłych oraz zapasów prowiantu młodzi adepci szkoły wojskowej muszą wziąć sprawy swoje ręce i szybko dorosnąć, aby przeżyć. Na początku wspólnie, całą grupą dbają o prawidłowe funkcjonowanie nowej społeczności. Zbierają owoce, rozpalają ogień, którego następnie na zmianę pilnują. Przyzwyczajeni, aby słuchać dorosłych, na wyspie wkrótce odkrywają, że wszystkie zasady, które im przez całe życie wpajano, przestały obowiązywać. Tutaj to oni mogą stworzyć na nowo reguły, swój własny świat, cywilizację. Pojawia się problem różnicy poglądów. Chłopcy dzielą się na dwa obozy. Jeden za wzór do naśladowania obiera świat dorosłych. Drugi natomiast wraca do korzeni cywilizacji, gdzie jedynym argumentem była siła. "Dobrzy" są z góry skazani na porażkę, a ich szeregi topnieją. Najmłodsi adepci sztuki rządzenia dochodzą do brutalnej prawdy, że to nie miejsce na demokrację i pacyfizm. Słowne argumenty nie załatwią im ognia czy pożywienia. A "ci drudzy" mogą zdobyć wszystko, jeśli tylko zechcą. Ich nie blokują żadne zasady. Nie mają dylematów, z góry zakładają, że wolno im wszystko. Są panami życia i śmierci.
Powieść Goldinga zalicza się do nurtu antyutopii. Pisał ją w czasach żelaznej kurtyny, gdy ludzie żyli ze świadomością nieustannie zbliżającej się wojny atomowej. "Władca much" oddaje te nastroje, lecz wybiega dużo dalej. Pokazuje, co mogłoby się zdarzyć, gdyby nagle cały dorobek poprzednich wieków został zniszczony. Czy poszlibyśmy sprawdzoną drogą, którą wypracowaliśmy przez stulecia? Czy może cywilizacja zatoczyłaby koło i zmuszona by była kolejny raz powtarzać błędy młodości? Golding pokazuje świat, w którym brak wzorów do naśladowania. Przypomina to naszych reprezentantów z Wiejskiej, którym czasami również wydaje się, że żyją w świecie bez jakichkolwiek ideałów. Najlepiej wybrać drogę na skróty, nie liczy się, co za 10 lat, nie liczy się, kto był przed nimi, przecież już niedługo kolejna kadencja. Kto za dekadę będzie pamiętał, że zrobiliśmy dobrą ustawę, której efekty będzie widać dopiero wtedy? Ważne jest tylko tu i teraz. Wybory są dla niektórych jedynym impulsem do działania. Nieważne, jakimi metodami, ważne, aby zameldować wykonanie zadania.
To wszystko skłania do wysunięcia tezy, że nasi politycy albo nie czytali szkolnych lektur, albo złe lektury za wzór sobie wybrali. Obie odpowiedzi nie są pocieszające. A jak na tym tle wypada Obama? "Nie jestem z tych, którzy mówią, że jest on z natury zły. Myślę, że na swój sposób robi to, co uważa za najlepsze dla kraju. Uważam jednak, że się myli" - w taki sposób wyraził się o swoim poprzedniku, przeciwniku politycznym George'u Bushu. Słowa te w kontekście naszej rodzimej debaty publicznej wydają się jak z innej epoki. Może więc, zamiast się zastanawiać, czy Obama na nagrodę Nobla zasłużył, czy nie, powinniśmy się zainteresować czymś zupełnie innym. A mianowicie, co ten Obama czyta? I czy pożyczy "naszym"?
Badania poziomu zaufania do zawodów publicznych pokazuję, że to zawód polityka wzbudza tego zaufania najmniej. Uważamy polityków za chciwych, realizujących jedynie własne prywatne ambicje, wykorzystujących władzę do celów prywatnych. W swojej obronie parlamentarzyści często uciekają się do argumentów, że polska demokracja jest jeszcze bardzo młoda i oni sami dopiero się jej uczą. Można by im tu przyznać trochę racji, ale gdy spojrzymy na wiedzę, którą mieli szansę przyswoić w szkole, widzimy, że gdyby pilnie uważali na lekcjach języka polskiego, wielu błędów mogliby jednak w dorosłym życiu uniknąć.
Bo odkąd zaczęto spisywać myśli, zaczęto również opisywać władców. Każdy wspaniały władca ma swój akapit, a i tyranom nie szczędzono papieru. Od mitologii starożytnej po współczesne opowiadania science fiction literatura daje wiele przykładów wspaniałych mężów stanu, ale jeszcze więcej tragicznych jednostek gotowych dla władzy kłamać, zdradzać, zabijać. To z książek możemy się dowiedzieć, jak chora ambicja prowadzi do dramatu ("Makbet" Szkespira). Jak złego pana zamienić na tyrana, czego doznali bohaterowie "Folwarku zwierzęcego" George'a Orwella. Jak łatwo stracić honor i chwałę w imię żądzy władzy (Boromir z "Władcy Pierścieni" Tolkiena). By w końcu się przekonać, że rządzenie w stylu, w którym jedynym argumentem jest brutalna siła, może prowadzić do utraty "człowieczeństwa" - taką sytuacje opisał William Golding w powieści "Władca much". Co ciekawe, podobne zachowania i sytuacje możemy zaobserwować w naszym codziennym życiu politycznym, oczywiście stosując odpowiednie proporcje. Ale po kolei.
"Zły plon bezprawia nowym się tylko bezprawiem poprawia"
Słowa te Makbet wypowiada po dokonaniu kolejnego zabójstwa. Dociera do niego, jak niewiele potrzeba, aby uruchomić machinę zła, demona czyhającego w człowieku. Jeden klocek wystarczy, aby całe domino się położyło. Kolejne klocki są tylko kwestią czasu i potrzeby. Makbet, oddany i szanowany rycerz króla Dunkana, pchany chorobliwymi ambicjami swojej małżonki zbiera plon bezprawia, które sam czyni. Potrzeba tylko przepowiedni wiedźm, które zaszczepiają w nim wizję jego jako króla Szkocji. Wtedy zaczynają się budzić ukryte żądze, jak się później okaże, silniejsze niż Makbeta charakter. Mówi się, że okazja czyni złodzieja, ale w tym przypadku okazja uczyniła zbrodniarza. Krocząc po trupach, dochodzi do celu. Zostaje królem Szkocji, lecz nie posiada nic więcej. Sterowany przez Lady Makbet staje się dla swego ludu tyranem. Znienawidzony przez wszystkich, popada w chorobę psychiczną, skąd już krótka droga do obłędu i śmierci. Ginie w walce, broniąc tego, czego nigdy nie zdobyłby w uczciwy sposób.
Postać Makbeta przywodzi na myśl wielu bohaterów naszego życia politycznego. Ileż to razy, patrząc w ekran telewizora, zastanawiamy się, jak "ktoś taki" mógł zostać posłem? Gdy brak jakiegokolwiek przygotowania merytorycznego, charyzmy czy nawet kultury, zastanawiamy się, co mogło zadecydować o sukcesie. Chora ambicja i walka "na dołach"? Ilu to już mieliśmy skompromitowanych polityków, ministrów, kurczowo trzymających się swojej funkcji do końca? Ciekawa jest tu również funkcja sterowniczego z drugiego szeregu, jaką pełniła Lady Makbet. W końcu podobno przynajmniej dwa rządy III RP były sterowane przez niewidzialną rękę z drugiego siedzenia.
"Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych"
"Folwark zwierzęcy" przynosi nam ostrzeżenie przed każdą formą władzy totalitarnej. Bunt zwierząt przeciwko złemu panu kończy się sukcesem, a przyszłość farmy zdaje się malować w kolorowych barwach. Niestety początkowe założenia - siedem podstawowych zasad, którym ma podlegać życie na farmie - nijak się ma do rzeczywistości. Świnie, które przewodzą buntowi zwierząt, niszczą sielankę. Zasady są zmieniane pod nie, a pozostałym zwierzętom pozostaje jedynie ciężka praca na nowych przywódców. Świnie coraz bardziej "człowieczeją". Powracają zasady, które wcześniej były symbolem złego człowieka. Piękne idee odchodzą do lamusa. Niedoszły raj szybko zmienia się w piekło.
Orwell przedstawia schemat zmiany władzy, który później świat przerabiał wielokrotnie. Czy były to dawne kolonie w Afryce, które po uzyskaniu suwerenności wpadały w rządy krwawych tyranów, czy chociażby niektóre z państw dawnego ZSRR, po którego rozpadzie do dziś nie mogą cieszyć się pełnią wolności. Zresztą przykładów nie musimy szukać poza granicami Polski. XX-lecie międzywojenne przynosi bardzo silne nastroje nacjonalistyczne w części społeczeństwa. 123 lata niewoli to widocznie za mało dla niektórych, aby docenić pełnię swobód, a z radykalnego nacjonalizmu już tylko krok do kolejnej władzy najlepszej i najsłuszniejszej.
Dzisiejsze czasy to dla niektórych znów powrót do skrajnego "uwielbienia ojczyzny". Populistyczne hasła trafiają również dziś na podatny grunt. A slogany o Niemcach, którzy w końcu nas wykupią, i o spisku masońsko-żydowskim przeciw ojczyźnie na stałe weszły do repertuaru radykalnych myślowo parlamentarzystów.
Spadająca gwiazda
J.R.R. Tolkien spędził I wojnę światową w okopach. Choć, jak sam twierdził, doświadczenia związane z tym faktem nie miały na niego wpływu podczas tworzenia "Władcy pierścieni", ciężko się oprzeć wrażeniu, że w jakiś stopniu zdarzenie to odcisnęło piętno na jego najsłynniejszym dziele. Książka przedstawia klasyczną walkę dobra ze złem. Walkę o dominację z jednej strony, o podstawowe prawo do wolności z drugiej. Mamy tu heroiczne czyny i wielkie poświęcenia, a sam pierścień symbolizuje nieustająca pokusę, jaką jest władza i jej możliwości. Pierścień daje ogromną moc, lecz cena, jaką trzeba zapłacić za jego posiadanie, jest ogromna. Władza daje możliwości, ale degeneruje, zaślepia, co w końcu musi prowadzić do upadku. Im dłużej ją sprawujemy, tym bardziej tracimy kontakt z rzeczywistością, a i pożegnać się z nią jest ciężej.
Boromir z "Władcy pierścieni" rycerzem był wielkim. Lecz w najważniejszym momencie swojej misji zawiódł, nie potrafiąc oprzeć się pokusie, jaką było odebranie pierścienia małemu Frodo. Stawiał się ponad nim, oceniając go jedynie poprzez zdolności fizyczne. Boromir maleje w oczach. Z odważnego księcia Gondoru zamienia się w ogarniętego żądzą władzy szaleńca. Swoje zachowanie tłumaczy dobrem swego ludu. Ale czy cel uświęca środki? W końcu ginie w heroicznej walce, broniąc swych małych towarzyszy.
Boromirów ci u nas dostatek. Czasy "Solidarności" przyniosły nam wielu bohaterów, tylko czy dziś również są oni dla nas tym, kim byli kiedyś? Czasy się zmieniają, ale ideały powinny pozostać te same. Ludzie jednak również się zmieniają, niestety czasami na gorsze. Im dłużej są w polityce, tym mniej rozpoznajemy ich dawne czyny. Dziś kojarzą nam się przede wszystkim z nieudolnymi rządami, podziałami i kłótniami.
Mała zawartość raju w raju
Powieść Williama Goldinga "Władca much" opowiada historię grupy chłopców, którzy w wyniku katastrofy samolotu trafiają na rajską bezludną wyspę gdzieś na Pacyfiku. Pozbawieni dorosłych oraz zapasów prowiantu młodzi adepci szkoły wojskowej muszą wziąć sprawy swoje ręce i szybko dorosnąć, aby przeżyć. Na początku wspólnie, całą grupą dbają o prawidłowe funkcjonowanie nowej społeczności. Zbierają owoce, rozpalają ogień, którego następnie na zmianę pilnują. Przyzwyczajeni, aby słuchać dorosłych, na wyspie wkrótce odkrywają, że wszystkie zasady, które im przez całe życie wpajano, przestały obowiązywać. Tutaj to oni mogą stworzyć na nowo reguły, swój własny świat, cywilizację. Pojawia się problem różnicy poglądów. Chłopcy dzielą się na dwa obozy. Jeden za wzór do naśladowania obiera świat dorosłych. Drugi natomiast wraca do korzeni cywilizacji, gdzie jedynym argumentem była siła. "Dobrzy" są z góry skazani na porażkę, a ich szeregi topnieją. Najmłodsi adepci sztuki rządzenia dochodzą do brutalnej prawdy, że to nie miejsce na demokrację i pacyfizm. Słowne argumenty nie załatwią im ognia czy pożywienia. A "ci drudzy" mogą zdobyć wszystko, jeśli tylko zechcą. Ich nie blokują żadne zasady. Nie mają dylematów, z góry zakładają, że wolno im wszystko. Są panami życia i śmierci.
Powieść Goldinga zalicza się do nurtu antyutopii. Pisał ją w czasach żelaznej kurtyny, gdy ludzie żyli ze świadomością nieustannie zbliżającej się wojny atomowej. "Władca much" oddaje te nastroje, lecz wybiega dużo dalej. Pokazuje, co mogłoby się zdarzyć, gdyby nagle cały dorobek poprzednich wieków został zniszczony. Czy poszlibyśmy sprawdzoną drogą, którą wypracowaliśmy przez stulecia? Czy może cywilizacja zatoczyłaby koło i zmuszona by była kolejny raz powtarzać błędy młodości? Golding pokazuje świat, w którym brak wzorów do naśladowania. Przypomina to naszych reprezentantów z Wiejskiej, którym czasami również wydaje się, że żyją w świecie bez jakichkolwiek ideałów. Najlepiej wybrać drogę na skróty, nie liczy się, co za 10 lat, nie liczy się, kto był przed nimi, przecież już niedługo kolejna kadencja. Kto za dekadę będzie pamiętał, że zrobiliśmy dobrą ustawę, której efekty będzie widać dopiero wtedy? Ważne jest tylko tu i teraz. Wybory są dla niektórych jedynym impulsem do działania. Nieważne, jakimi metodami, ważne, aby zameldować wykonanie zadania.
To wszystko skłania do wysunięcia tezy, że nasi politycy albo nie czytali szkolnych lektur, albo złe lektury za wzór sobie wybrali. Obie odpowiedzi nie są pocieszające. A jak na tym tle wypada Obama? "Nie jestem z tych, którzy mówią, że jest on z natury zły. Myślę, że na swój sposób robi to, co uważa za najlepsze dla kraju. Uważam jednak, że się myli" - w taki sposób wyraził się o swoim poprzedniku, przeciwniku politycznym George'u Bushu. Słowa te w kontekście naszej rodzimej debaty publicznej wydają się jak z innej epoki. Może więc, zamiast się zastanawiać, czy Obama na nagrodę Nobla zasłużył, czy nie, powinniśmy się zainteresować czymś zupełnie innym. A mianowicie, co ten Obama czyta? I czy pożyczy "naszym"?
- 5 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów
-
troche pokrecony ten caly artykul
zlappande
09.11.09, 22:54
bardzo luzno pozeniony fakt nieuzasadnionego przyznania Nagrody Nobla zarownodo polskich realiow, jak i do ...literatury na temat wladzySam Barack byl zdziwiony i nie kryl wcale tego, jak »
-
Literatura jako (anty)poradnik sprawowania władzy
gnago
10.11.09, 06:46
Towarzysz Stalin ponoć cięgiem zaczytywał się "Faraonem" Prusa. Na dobre mu wyszło.»
-
Literatura jako (anty)poradnik sprawowania władzy
meduza-5
17.11.09, 00:41
Ciekawe porównania; przykłady trafnie pokazują, że nadmierne zachłyśnięcie sięwładzą prowadzi do zguby. Przekaz prosty, niestety to co jest oczywiste dlajednych, dla innych nigdy nie będzie »
Znajdź studia, kursy i szkolenia








