Lektury szkolne

Gazeta.pl > Lektury szkolne >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Kronika wypadków literackich

Rafał Dajbor
2009-06-22, ostatnia aktualizacja 2009-06-23 10:51
Mateusz Damięcki jako Cezary Baryka w filmie "Przedwiośnie", fot. PAT

Ligia z "Quo vadis" była blondynką, Cezary Baryka zginął w finale "Przedwiośnia", a Polacy nie są gęśmi, dlatego swój język mają. Humor z zeszytów szkolnych? Bynajmniej! Wpadki literackie zdarzają się nie tylko uczniom, ale również twórcom spotów wyborczych czy politykom.


Magda Mielcarz na konferencji prasowej poświęconej filmowi "Quo vadis", fot. Jacek Marczewski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Literatura jest od dawna przedmiotem skomplikowanych badań i analiz. W instytutach i na uniwersytetach całe zastępy uczonych głów dokonują rozbiorów dzieł literackich na czynniki pierwsze, aby jak najdokładniej pokazać zainteresowanym czytelnikom, w jaki sposób należy rozumieć dany wiersz, utwór prozatorski czy też dramat. Osobną gałęzią wiedzy o literaturze jest badanie już nie jej strony językowej, gramatycznej, ale zgłębianie historii literatury. Okazuje się jednak, że nie zawsze wysiłki badaczy przynoszą zamierzony efekt. Pokazują to doskonale najrozmaitsze stereotypy, czy wręcz przekłamania, które narosły poprzez lata, a niekiedy stulecia obcowania z dziełami pisarzy. Przyjrzyjmy się niektórym z nich.

Polacy nie gęsi?

Przez wiele wieków Mikołaj Rej nazywany był "ojcem literatury polskiej". Po części zawdzięczał to miano niewielkiej znajomości pisarzy polskiego średniowiecza (Mikołaj Rej tworzył już w epoce renesansu), po części zaś zawartemu w zbiorze "Zwierzyniec" z 1562 roku epigramatowi "A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają". Słowa te, znane już z lekcji polskiego każdemu uczniowi, pokazywały, że Polacy posiadają swój własny język, z którego mogą i powinni być dumni. Ale stały się też powodem pokutującego do dziś nieporozumienia. Otóż użyte w nim słowo "gęsi" powszechnie odbierane jest jako rzeczownik, podczas gdy tak naprawdę jest ono przymiotnikiem! Rejowi nie chodziło o udowodnienie, że Polacy nie są gęśmi, ale że posiadają swój własny język, nie zaś język gęsi, którym to nieco ironicznym mianem Mikołaj Rej nazwał łacinę. Ów stereotypowy odbiór znanego utworu tak rozpanoszył się jednak w powszechnym odbiorze, że ulegają mu nawet ci, po których można by się spodziewać nieco bardziej wnikliwego spojrzenia. Ot, choćby twórcy emitowanej niedawno jednej z reklamówek zachęcających do udziału w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tam również w rytm wystylizowanej na ludowo muzyczki usłyszeliśmy, że nie jesteśmy domowym ptactwem...



Kim był Natenczas

"Pan Tadeusz" Adama Mickiewicza, zwany często naszym narodowym poematem, także niewolny jest od stereotypowych osądów i nieporozumień w jego odbiorze. Dotyczy to zwłaszcza barwnej i malowniczej postaci Wojskiego. Pomińmy tu już słynną szkolną anegdotę, jak to uczeń pytany, jak miał na imię Wojski, odparł, że "Natenczas". Warto natomiast odnotować, że wielu już całkiem dorosłych czytelników śmiejących się do rozpuku z tego "Natenczasa" również nie ma pojęcia, kto to taki ów Wojski. Panuje powszechne przekonanie, że to nazwisko Mickiewiczowskiego bohatera. A tymczasem Wojski (a właściwie wojski) to nie nazwisko, ale funkcja! Tak nazywano w dawnej Polsce urzędnika, będącego zastępcą kasztelana do spraw wojskowych (stąd przecież nazwa urzędu), później zaś wyznaczanego do opieki nad rodziną walczącego na wojnie szlachcica. Nietrudno dociec, skąd wzięło się to właśnie nieporozumienie. Powody są zapewne dwa: po pierwsze charakterystyczna dla polskich nazwisk końcówka -ski, po drugie zaś fakt, iż Mickiewicz cały czas pisze miano tego bohatera z wielkiej litery. Wystarczy jednak wczytać się w poemat, by natychmiast dostrzec, że autor tytułuje tak wielu swoich bohaterów. Mamy więc Asesora, Sędziego, Hrabiego, Rejenta, Księdza itd. A są to przecież wszystko rzeczowniki pospolite. W ten sposób w powszechnym odbiorze "Pana Tadeusza" z funkcji wojskiego powstał bohater o nazwisku Wojski.

Dzieło warte Nobla

Nieco inny stereotyp narósł z kolei wokół "Quo Vadis" Henryka Sienkiewicza. Trudno pamiętać, ileż to razy mogliśmy usłyszeć o naszych nagrodzonych Nagrodą Nobla prozaikach, że Władysław Stanisław Reymont otrzymał Nobla za "Chłopów", Henryk Sienkiewicz zaś za "Quo Vadis". Tylko ten pierwszy przypadek jest faktem. Sienkiewicz dostał w 1905 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za całokształt twórczości, a więc oprócz "Quo Vadis" doceniono także Trylogię, "Krzyżaków" czy "Rodzinę Połanieckich", nie mówiąc już o mniej znanych powieściach oraz licznych nowelach. Trudno dociec, skąd w powszechnym odbiorze to przekłamanie, można jednak domniemywać, że miał na to wpływ szeroki oddźwięk tego akurat dzieła, a ponadto fakt, że było aż trzykrotnie ekranizowane (pomijając ekranizacje telewizyjne) i dopiero za trzecim razem za kamerę chwycili Polacy. Najpierw w 1912 roku "Quo Vadis" nakręcili Włosi, w 1951 roku przeszła przez ekrany hollywoodzka ekranizacja. Na fotelu reżyserskim zasiadł znany fachman Mervyn LeRoy, a w obsadzie znaleźli się m.in. Robert Taylor, Peter Ustinov i Deborah Kerr, wówczas już trzydziestoletnia posągowa piękność, będąca w tej roli młodziutkiej Ligii mimo aktorskiego kunsztu najprawdziwszym nieporozumieniem. Wreszcie w roku 2001 miało premierę polskie "Quo Vadis" w reżyserii Jerzego Kawalerowicza.

Uroki dużego ekranu

Właśnie, kino... Gdyby chcieć dokładnie opisać, za ileż to rozpowszechnionych szeroko nieporozumień odpowiadają ci, którzy zamiast czytać, wolą jedynie obejrzeć ekranizacje, można by na ten temat napisać sążnisty artykuł. Rzecz dotyczy, oczywiście, przede wszystkim uczniów. Niejeden leniwy uczeń otrzymał od swego polonisty "baty" za dowodzenie w wypracowaniu, że Cezary Baryka ginie na końcu "Przedwiośnia". Owszem, ginie, ale tylko w ekranizacji Filipa Bajona, bo Stefan Żeromski jakoś na ten temat milczy... Ekranizacja "Quo Vadis" dokonana przez Jerzego Kawalerowicza pokazywała, że Ligia jest blondynką, podczas gdy blondynką jest tylko grająca tę rolę Magdalena Mielcarz. Aleksander Fredro wcale nie umieścił akcji "Zemsty" podczas zimy, zrobił to dopiero Andrzej Wajda, w swojej ekranizacji naszej arcykomedii. Nie ma też co szukać w "Panu Wołodyjowskim" słynnej sceny, w której Azja Tuhaj-Bej wali głową Kozaka w kocioł z gorącym kumysem. To również dopisany Sienkiewiczowi pomysł filmowców.

Również politykom się zdarza

Na pocieszenie mogę dodać, że takie pomyłki zdarzają się nie tylko uczniom. Trudno zapomnieć o wywiadzie telewizyjnym, którego udzielił jednej ze znanych polskich dziennikarek Roman Giertych, i to podczas pełnienia funkcji Ministra Edukacji Narodowej. Zapytany o "Naszą szkapę", bardzo się dziwił, że pani redaktor pyta go o znajomość Sienkiewicza. Gdy już wyjaśniło się, że to jednak chodzi o Marię Konopnicką, pan minister przypomniał sobie, że już pamięta, że to o koniu, który trafił do kopalni. Tyle tylko, że koń w kopalni występuje u Gustawa Morcinka, w "Łysku z pokładu Idy", a więc w powieści z dwudziestolecia międzywojennego. Natomiast podczas pewnej konferencji prasowej w Brukseli, prezydent Lech Kaczyński, komentując częstą zmianę premierów w Polsce, przypisał słowa "Trzeba kochać ludzi, bo szybko odchodzą" Zbigniewowi Herbertowi, podczas gdy w rzeczywistości najbliższe są one wierszowi księdza Jana Twardowskiego (w oryginale: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"). Te i inne pomyłki pokazują, że na naukę nigdy nie powinno być za późno.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4.5

37 głosów

  • Kronika wypadków literackich blackmoore 13.10.09, 14:35

    [b]"Nie ma też co szukać w "Panu Wołodyjowskim" słynnej sceny, w której Azja Tuhaj-Bej wali głową Kozaka w kocioł z gorącym kumysem."[/b][i][/i]Ja bym nie szkula w "Pany Wolodyjowskim" tylko»

  • Re: Kronika wypadków literackich framberg 13.10.09, 14:44

    I kozaczym łbem lecz tatarskim :)»

  • Kronika wypadków literackich justynaradominska 13.10.09, 17:12

    [i]Łysek z pokładu Idy[/i] to opowiadanie, a nie powieść, redaktorze »